Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wycieczki górskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wycieczki górskie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 maja 2020

Góry Kamienne: Waligóra, Radosno i Sokołowsko – czyli atrakcje dla każdego


   Góry Kamienne to niewielki masyw górski w Sudetach Środkowych, położony na południe od Wałbrzycha. Góry niewysokie, z najwyższym szczytem Waligórą o wysokości 936 m.n.p.m., wchodzącym w skład korony gór polskich. Góry urokliwe, porośnięte lasami, głównie liściastymi z doskonale poprowadzoną siecią tras turystycznych, rowerowych i spacerowych. Dla osób przyzwyczajonych do odległych i nieraz męczących wędrówek po Beskidzie (Beskidy to jednak masyw rozległy, z szerokimi, odległymi panoramami - czyli góry jak się patrzy), trasy poprowadzone w Górach Kamiennych przypominają raczej aleje spacerowe w pięknym rozległym parku. Szerokie, niezbyt strome, szutrowe... takie mało „wyczynowe”. Ale to tylko pozory. Bo Góry Kamienne to ostre kopce, stromo wznoszące się w ostatniej fazie podejścia.


Rybnica Leśna drewniany XVII w kościół pw Św Jadwigi Śląskiej 
   Naszą przygodę z Górami Kamiennymi rozpoczęliśmy od niewielkiej miejscowości Rybnica Leśna, w której warto obejrzeć drewniany XVII wieczny kościół pw Św Jadwigi Śląskiej, usytuowany tuż obok jedynego, niewielkiego parkingu. Sam kościół nie jest być może arcydziełem architektury, jednak jest dobrze zachowany i pełen uroku.

   Z Rybnicy zielonym szlakiem wzdłuż mało uczęszczanej drogi podejść można do schroniska PTTK Andrzejówka. Do Andrzejówki można także dojechać samochodem. Pełne parkingi wokół schroniska są dowodem, że ten sposób uprawiania turystyki górskiej jest zdecydowanie bardziej popularny w naszym społeczeństwie. Z Andrzejówki na szczyt mamy zaledwie 20 minut podejścia. Ale za to jakiego.... prawie pionowa ściana płaczu – wejść oczywiście można , ale zejścia, szczególnie po deszczu, nie mogę sobie wyobrazić.
Schronisko PTTK Andrzejówka
  
Waligóra - na szczycie
Na szczyt prowadzą również alternatywne ścieżki, już mniej strome i bardziej przystępne. Wędrując po masywie Waligóry napotykamy pajęczynę tras – wiele z nich prowadzi do Sokołowska, dawnego uzdrowiska usytuowanego u podnóża masywu. My wybraliśmy żółty szlak malowniczo wijący się po dolinkach i zboczach gór. Szlak ten prowadzi do ruin zamku Radosno, powszechnie łączonego z osobą księcia świdnicko-jaworskiego Bolka I. Budowla powstała na przełomie XII i XIII wieku, stopniowo rozbudowywana składała się w okresie swojej największej świetności z położonego na wzgórzu zamku właściwego, zbudowanego na planie prostokąta o wymiarach 17 m na 30 m, z domem mieszkalnym w północnym narożu zamku i wolno stojącą cylindryczną wieżą. Całość otoczona była murem obronnym. Do zamku od południowej strony przylegało niewielkie prostokątne przedzamcze o wymiarach 14 m na 18 m. Obronność zamku podnosiły wykute w skale fosy o szerokości od 3,5 m do 7 m, których głębokość dochodziła miejscami do 4 m. Historia zamku nie jest zbyt chlubna. Od początku XV zamek stał się siedzibą rycerzy rabusiów. W 1497 roku wrocławski starosta Georg von Stein z rozkazu czeskiego króla Władysława Jagiellończyka zdobył i zniszczył zamek. Od tego czasu zamek pozostaje w ruinie. Obecnie możemy podziwiać fragmenty okrągłej baszty obronnej oraz odsłonięte przyziemne fragmenty budynku mieszkalnego. Jeżeli ktoś nastawiał się na zwiedzanie zamku, będzie mocno rozczarowany, ale ruina jest malownicza i nastrojowa i warto zejść ze szlaku aby ją obejrzeć.
Ruiny zamku Radosno - baszta


   Z Waligóry wszystkie ( no.. prawie wszystkie) szlaki prowadza do Sokołowska. Oczywiście do uzdrowiska można również dojechać samochodem objeżdżając masyw i nadkładając kilkanaście kilometrów. I chociaż Sokołowsko aktualnie nie ma statusu uzdrowiska , to ta niewielka, zagubiona w górach mieścina nadal roztacza dawny czar luksusowego kurortu. Niejednokrotnie porównywana do Davos, od XIX wieku przyciąga rzesze kuracjuszy niezwykłymi walorami klimatycznymi.
   W 1855 r. we wsi Görbersdorf – pierwotna nazwa miejscowości- zostało uruchomione pierwsze na świecie specjalistyczne sanatorium dla gruźlików, w którym zastosowano nowatorską metodę leczenia klimatyczno-dietetycznego. Na jego wzór został stworzony później ośrodek leczenia gruźlicy w Davos. Twórcą ośrodka był dr Hermann Brehmer. Bliskim współpracownikiem Brehmera był dr Alfred Sokołowski, profesor Uniwersytetu Warszawskiego od którego nazwiska nazwano po wojnie uzdrowisko.
Sokołowsko Park Zdrojowy
 
Rzeźby w Parku Zdrojowym

























Leśne Źródło - Sokołowsko Park Zdrojowy


Zabytkowa cerkiew w Parku Zdrojowym


Po II wojnie światowej pozostało tutaj uzdrowisko o profilu przeciwgruźliczym. W latach 70. XX wieku miejscowość zaczęto przekształcać w ośrodek sportów zimowych. Z ambitnych planów pozostało niewiele, a dawne  budynki uzdrowiskowe straszą ruiną. Tym niemniej ostatnie lata przyniosły nadzieję na pozytywne zmiany za sprawą Fundacji Sztuki Współczesnej In Situ i ich Międzynarodowego Laboratorium Kultury.
   Odwiedzając Sokołowsko warto zagłębić się w zabytkowy park zdrojowy, z pięknymi rzeźbami, słynnym Leśnym Źródłem ( niestety wyschniętym), malowniczymi stawami i pięknym starodrzewiem. Warto obejrzeć unikatowy na tym terenie kościół jakim jest miniaturowa cerkiew prawosławna wzniesiona w XIX wieku dla licznie przybywających  do uzdrowiska rosyjskich kuracjuszy.






Budynek dawnego obserwatorium zbudowany ok 1878 w stylu neogotyckim
Warto zatrzymać się przed starymi budynkami sanatoriów i pensjonatów na których czas odcisnął swoje piętno, ale nie zatarł dawnego, dekadenckiego uroku. Warto również docenić wysiłek jaki podejmowany jest aby przywrócić tej niewielkiej miejscowości minioną świetność.
Dawny pensjonat Weisses Haus zbudowany ok 1878 r. Obiekt w konstrukcji murowano-drewnianej, wchodził w skład zespołu sanatoryjnego dr Brehmera


Odbudowywany po pożarze budynek dawnego sanatorium dr Brehmera

   Jeżeli poszukujemy ciszy, spokoju, pewnego oddalenia od codziennego zgiełku to Sokołowsko jest wymarzonym miejscem odpoczynku zarówno tego weekendowego jak i wakacyjnego.


Polskie góry 2020

czwartek, 26 grudnia 2019

Zdobywamy Beskid Śląski - bez korków i tłumów na szlakach

   Po kolejnej wyprawie w Beskidy, gdy w samochodzie spędziliśmy więcej czasu niż na szlaku stanęliśmy przed wyborem: zrezygnować z gór, czy jechać w inne pasmo. I tak źle i tak niedobrze. Bez gór żyć nie potrafimy, a najbliższe pasmo, do którego mamy w miarę blisko i dość szybki dojazd to Góry Opawskie. Ale z Katowic do Jesenika mamy ponad 160 km w jedną stronę, a i góry, choć piękne niezbyt są okazałe i rozległe.
W końcu wymyśliliśmy nową strategię – wybieramy nasz dobrze znany Beskid Śląski, ale atakujemy od południa, od strony Czech. Pomysł okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. W tym roku zaliczyliśmy kilka takich górskich weekendów. 

Widok z Filipki na Masyw Czntorii

   Najbliższe trasy rozpoczynają się w miejscowości NYDEK, nieopodal Trzyńca. Jest to niewielka wieś rolniczo-turystyczna u zachodnich podnóży granicznego Pasma Stożka i Czantorii w dolinie Głuchówki i jej dopływów: Strzelmej i Górskiego Potoku. Teren osady sięga po grzbiet graniczny na znacznej przestrzeni od Ostrego przez Wielką Czantorię po Wielki Stożek. Po stronie polskiej graniczy z Leszną Górną, i Ustroniem i Wisłą; po stronie czeskiej – z Wędrynią, Gródkiem i Nawsiem . Z Nydka prowadzi wiele szlaków, z których część łączy się ze szlakami polskimi, a część biegnie jako szlaki graniczne. Można podejść na Soszów, Czantorię, Stożek. Można również zrobić wyprawę na czeskie szczyty: Filipkę, Louckę czy Poledni. 

Filipka

Filipka

 Szlaki są dobrze wyznaczone, widoczne, dobrze utrzymane. Nie brakuje ścieżek edukacyjnych, miejsc do biwakowania, czy zwykłych ławeczek. Na szlakach znacznie mniejsze tłumy niż w Polsce, chociaż w schroniskach , szczególnie tych łatwiej dostępnych też spotkamy sporo ludzi. W Nydku nie musimy troszczyć się o parking: duży, ale płatny jest w centrum miejscowości. Mniejszy, ale bezpłatny obok ośrodka sportowego.
Loucka i panorama szczytów

Ciekawe trasy, chociaż bardziej wymagające poprowadzone są również z miejscowości Nawsi, czy Jablunkov.: na Koziniec, Kozubową, Kykulę. Na większości szczytów znajdziemy schroniska - horskie chaty, gdzie możemy odpocząć i zjeść bez tłumu ludzi. Również w tym paśmie trasy są doskonale poprowadzone, a turyści niezbyt liczni.

Dojazd z Katowic do Nydka czy Nawsi zajmuje niewiele ponad godzinę. Naprawdę warto czasami zejść z utartych ścieżek.


Wakacje lato 2020 - zniżki do 60%

czwartek, 11 października 2018

Lubomir (904 m.n.p.m.) Zdobywamy Beskid Makowski

Kolejny szczyt z korony gór polskich  (Beskid Makowski)

 
   Jednym z naszych celów wycieczkowych na najbliższe dwa sezony jest skompletowanie szczytów korony gór polskich. Nie jest to może cel najambitniejszy, ale na pewno jest motywacją do wyjazdu w góry. A, że przy okazji odkrywamy inne ciekawe szczyty i wiele, wiele fascynujących miejsc i zabytków to tylko dodatkowa nagroda za podjęty wysiłek.
   Lubomir nie jest szczytem ani nazbyt wysokim 904 m n.p.m., ani nazbyt wymagającym. Szlaki prowadzą z okolicznych miejscowości : Myślenic (czerwony), Węglówki (czerwony), Pcimia (czarny + czerwony), Wiśniowej (zielony). My zdecydowaliśmy się na czarny szlak z Pcimia dochodzący do schroniskach na Kudłaczach, gdzie łączy się ze szlakiem czerwonym prowadzącym na szczyt Lubomira. Łatwa kilkugodzinna, niemal spacerowa trasa, w kilku odcinkach prowadzona po asfaltowych, aczkolwiek nieuczęszczanych drogach.
Po drodze malownicze widoki na sąsiedni Beskid Wyspowy i majaczący w oddali masyw Babiej.


   Niespodzianka czekała nas natomiast na szczycie Lubomira. Było nią okazałe obserwatorium astronomiczne wzniesione w roku 2007 na gruzach przedwojennego obiektu. Historia obserwatorium jest niezwykle ciekawa. W latach dwudziestych XX wieku książę Kazimierz Lubomirski przekazał na użytek planowanej stacji badawczej  10 hektarów lasu wraz z drewnianą leśniczówką. To dla upamiętnienia tej darowizny szczyt, na którym powstała stacja nazwano w roku 1932  Lubomirem. Stacja badawcza była zamiejscowym oddziałem Krakowskiego Obserwatorium Astronomicznego. W latach międzywojennych prowadzono w niej wiele badań i obserwacji, wynikiem których było między innymi odkrycie pierwszej "polskiej" komety nazwanej C/1925 G1 Orkisz. 15 września 1944 roku stacja została zniszczona wskutek działań wojennych. Spalone zostały zabudowania wraz z biblioteką i dziennikami obserwacyjnymi z 20 lat, natomiast sprzęt został skonfiskowany przez hitlerowców. Odbudowę stacji rozważano przez wiele lat, jednak plany udało się zrealizować dopiero niedawno. Więcej o obserwatorium , jego historii i aktualnej działalności można przeczytać  na stronie obiektu. Obserwatorium można zwiedzać w weekendy o pełnych godzinach od 11.00 do 16.00.



niedziela, 23 września 2018

Worek Bieszczadzki – królestwo dzikiej natury

Słodko-gorzkie refleksje z wyprawy do Worka Bieszczadzkiego

   Przebywając na kilkudniowym urlopie w okolicach Przemyśla postanowiliśmy wybrać się na krótki, jednodniowy wypad w Bieszczady. Tym razem jednak nie chodziło o wędrówki malowniczymi połoninami, leniwy relaks nad Zalewem Solińskim, czy przejażdżkę drezynami rowerowymi w Uhercach Mineralnych (swoją drogą jest to wyjątkowo miły sposób poznawania Bieszczad – serdecznie polecam). Tym razem postanowiliśmy zwiedzić najdzikszy z dzikich zakątków Polski – tak zwany Worek Bieszczadzki.

   Pierwszym przystankiem na nasze trasie był Chreptiów. Ten nawiązujący kształtem i wystrojem do sienkiewiczowskiej stanicy ośrodek turystyczny, to ostatni przejaw cywilizacji w regionie. Swoją drogą ośrodek ( hotel, restauracja z przyległymi terenami zielonymi i stawami) zrobiły na nas ogromne wrażenie. Jak za skinięciem czarodziejskiej różdżki przenieśliśmy się w minione wieki , pełne wąsatych sarmackich rycerzy trzymających straż na Dzikich Polach . To nic, że postacie gipsowe, a Chreptiów jest dziełem fantazji współczesnych architektów. Jest nastrój, koloryt i to się liczy. A na dodatek z Chreptiowa rozciągają się przepiękne widoki na leżące w oddali pasma Bieszczad. Bezcenne przeżycie.




 Wzmocnieni kawą u Pana Michała pojechaliśmy dalej w kierunku na Muczne, Tarnawę Niżną, Tarnawę Wyżną aż do Bukowca . Początkowo droga całkiem znośna, wąska, kręta, ale o dobrej nawierzchni. Zabudowania pojawiają się sporadycznie, za to dzika natura otacza nas ze wszystkich stron. Wyjątek stanowi Muczne z dość ładnym ośrodkiem turystycznym, kilkoma zabudowaniami i grupą leniwie snujących się turystów. Dalej jest coraz ciekawiej. Mijamy Tarnawę Niżną , wieś z samotnym sklepem, karczmą w stylu lat 70-tych ubiegłego wieku (za to z przepysznymi pierogami) i punktem informacji turystycznej w którym wszyscy ci, którzy planują zwiedzanie torfowisk w okolicy nieistniejącej już wioski Tarnawa Wyżna powinni wykupić bilety wstępu
uprawniające do wejścia do rezerwatu. Po drodze mijamy kilka lokalnych atrakcji - starannie oznakowanych, ale bynajmniej nieobleganych przez tłumy turystów : rezerwat żubrów, żeremia bobrów (na zdjęciu punkt obserwacyjny na rozlewiska z bobrami), hodowlę konia huculskiego (możliwość wykupienia jazdy w teren za śmieszną kwotę 50 PLN), czy skansen - potażownię (urządzenia i instalacje do wypalania węgla drzewnego i produkcji potażu)

   Torfowiska stanowią największa atrakcję w regionie. O ich unikatowym charakterze stanowi ich położenie na wysokości 670-678 n.p.m. - są to jedyne w Polsce torfowiska znajdując się na tak dużej wysokości. Łatwe do zwiedzania, dzięki wygodnym drewnianym ścieżkom – pomostom przecinającym oba płaty torfowisk.





Naprawdę warte są obejrzenia. Unikatowa roślinność bagienna: borówka bagienna, borówka brusznica, bażyna czarna, żurawina błotna, turzyca skąpokwiatowa, bagno zwyczajne, rosiczka okrągłolistna przeplata się z borem bagiennym tworzonym przez brzozy, świerki i sosny. Znaczną powierzchnię torfowisk zajmuje tzw mszar,  czyli zbiorowisko roślinne o kępowej naturze, w którym dominują mchy torfowce.






   Na spacer po torfowisku trzeba zarezerwować sobie ok. 1-1,5 godziny. Na pewno nie będzie to stracony czas. Z parkingu przy torfowisku roztacza się malowniczy widok na bieszczadzkie szczyty: północno-wschodnie stoki Halicza (1333 m n.p.m.), Wołowy Garb (1248 m n.p.m.), Kopę Bukowską ( 1320 m n.p.m.) Krzemień ( 1335 m n.p.m) i Bukowe Berdo (1311 m.n.p.m.)

Wstęp do rezerwatu płatny (bilety kupujemy w Tarnawie Niżnej, w rezerwacie nie ma kasy). Cena biletu 6 PLN/osoba.
Za rezerwatem droga staje się zdecydowanie gorsza, powoli zamieniając się w szutrową, pełną kolein i dziur. Ostatnim etapem naszej podróży jest Bukowiec – nieistniejąca już wioska, po której jedynymi pozostałościami jest cmentarz wojenny z czasów I wojny światowej. Jeżeli chcemy kontynuować zwiedzanie musimy pozostawić samochód na dość obszernym i tłocznym parkingu. Dalej tylko pieszo lub rowerem. Potencjalnym celem wyprawy może być nieistniejąca już po polskiej stronie granicy miejscowość Sianki z grobem hrabiny Stroińskiej i źródła Sanu (w rzeczywistości jest to jedynie dopływ Sanu, źródła Sanu znajdują się po stronie ukraińskiej). Niestety, późna pora dnia uniemożliwiła nam pieszą wyprawę do Sianek – w końcu to ładnych kilka godzin marszu. Będzie więc powód aby ponownie odwiedzić te malownicze miejsca.
   W tytule naszą wyprawę nazwałam słodko-gorzką. Bo rzeczywiście taki był jej smak. Z jednej strony niewyobrażalne piękno bieszczadzkich krajobrazów, potęga otaczającej nas dzikiej natury, przyrody, ciszy, oddalenia od codzienności, z drugiej gorzka refleksja nad przemijaniem,
zapomnieniem, niestałością. Tereny, które opisuję, przed II wojną światową tętniły życiem. Liczne fabryki, wykorzystujące miejscowe surowce, zaludnione wsie i miasteczka, kurorty, takie jak Sianki z licznymi domami wczasowymi, teatrem i skocznia narciarską, trasa kolejowa - wszystko to odeszło w zapomnienie. O dawnej świetności tego regionu świadczą jedynie cmentarze, ruiny wsi czy jakże charakterystyczne przęsła mostów - pozostałość po nieistniejącej już trasie kolejowej.



   No cóż – wyprawa okazała się piękna, zachwycająca niezwykłym bogactwem przyrody, ale także głęboko refleksyjna . Po prostu słodko-gorzka..

niedziela, 19 kwietnia 2015

Jaworze uzdrowisko – reaktywacja

Spacer po górach i odpoczynek w parku zdrojowym


Jaworze niewielka , ale piękna i wyjątkowo zadbana gmina nieopodal Bielska jest doskonale znana wszystkim miłośnikom gór i beskidzkich szlaków. To z Jaworza i Jaworza Nałęża prowadzą główne szlaki na Błatnią, ulubiony cel niedzielnych wypraw turystycznych. Łatwiejsze lub trudniejsze, krótsze lub dłuższe, ale wszystkie malowniczo poprowadzone lasami i nielicznymi górskimi polanami. Wczesną wiosną wyprawy na Błatnią utrudnia duża błotnistość terenu zwłaszcza od strony północnego zbocza ( no cóż nazwa góry wszystko tłumaczy).
Alternatywą może być wyprawa południowym zboczem leśnymi dróżkami do niebieskiego szlaku prowadzącego na Błatnią z Wapienicy (z Jaworza Górnego podchodzimy żółtym szlakiem, asfaltowymi, wąskimi uliczkami w kierunku leśniczówki. Kilkadziesiąt metrów przed końcowym parkingiem skręcamy w lewo, mijamy potok i podchodzimy kilkaset metrów najpierw asfaltową, a później szutrowa dróżką. Prowadzą nas strzałki informacyjne na drewniany XVII wieczny leśny kościół. Po kilkuset metrach skręcamy ostro w prawo, mijamy miejsce wyrębu drzew i podchodzimy wygodną, szeroką leśną drogą na szczyt wzgórza.)

Niby proste i łatwe , ale nie do końca. Strzałki informacyjne sugerują 40 minutowy spacer do kościółka, co całkowicie mija się z prawdą . Może już nasza kondycja nie taka jak za młodych lat, ale po górach chodzimy sporo i to całkiem żwawym krokiem, a spacer zajął nam dużo, dużo więcej czasu. Ale czego nie zrobi się dla malowniczych widoków: z jednej strony na rozciągające się w dole Jaworze i sąsiednie gminy, z drugiej na ciągle ośnieżony szczyt Błatniej. Kolejne zaskoczenie czekało nas u celu wyprawy. Wraz z kilkunastoma innymi turystami nadaremnie rozglądaliśmy się za najskromniejszą nawet konstrukcją kościoła.
Strzałki uparcie kierowały nas w leśna gęstwinę, po wertepach po których trudno przejść nawet w solidnym obuwiu. Część turystów, zrezygnowana wycofała się z poszukiwań, my postanowiliśmy pójść …... w las. No i po raz kolejny nasz trud został nagrodzony. Po kilkunastu dość ryzykownych krokach, mało nie łamiąc nóg, wyszliśmy na niewielka polanę z malowniczym widokiem na podnóże góry, gdzie w XVII wieku okoliczni mieszkańcy w obawie przed prześladowaniami Kontrreformacji zbierali się na modlitwy i nabożeństwa.Jedyną pozostałością po miejscu kultu są wykute w skale stopnie w kształcie amfiteatru i tablica informacyjna. Szkoda jednak, że zarówno drogowskazy jak i opis zabytku nie są dokładniejsze. Pozwoliłoby to uniknąć wielu nieporozumień. A trasę wszystkim jak najgoręcej polecam : łatwa, przyjemna i niezwykle malownicza.
Po kilkugodzinnym górskim spacerze z przyjemnością zanurzyliśmy się w pięknym jaworzańskim parku zdrojowym. Bo, o czym teraz już nie bardzo się pamięta, Jaworze w XIX wieku było znanym i popularnym kurortem specjalizującym się leczeniu chorób dróg oddechowych i narządów ruchu. I chociaż Jaworze już dawno straciło status uzdrowiska pozostał przepiękny, zadbany park zdrojowy oraz ów nieuchwytny, leniwy, dekadencki klimat dawnych uzdrowisk. Wyraża się on może w klasycznej, dziewiętnastowiecznej zabudowie, w licznych kawiarniach i trasach spacerowych, a może w nieśpiesznych ruchach turystów, oczarowanych tym pięknym miejscem. Jaworze w ostatnich latach uczyniło wiele, aby przywrócić gminie charakter uzdrowiskowy.
Park pięknieje z każdym rokiem. Powstają w nim siłownie na świeżym powietrzu, place zabaw i amfiteatr. Jednak największym „hitem” okazały się tężnie solankowe . Ładna drewniana architektura i lecznicze właściwości tężni przyciągają sporą rzesze turystów. Całość jeszcze wymaga kosmetycznych zbiegów i odrobiny reklamy, ale tężnie naprawdę warte są odwiedzenia. A tak swoją drogą ciekawa jestem co jeszcze Jaworze zaoferuje turystom w kolejnych latach …. trzymam kciuki za rozwój tej urokliwej gminy.

sobota, 14 lutego 2015

Brenna - góry nie tylko dla narciarzy

Zimowy spacer na Grabową


Mimo że nie było mnie na blogu od prawie trzech tygodni, minione weekendy spędzaliśmy bardzo aktywnie. Pogoda sprzyjała plenerowym wyprawom, które w kolejnych dwóch postach postaram się przybliżyć. 
Pomimo zimy i sporych ilości śniegu postanowiliśmy wybrać się w góry, dokładniej mówiąc do Brennej. I tutaj zaraz po przyjeździe do miasta pierwsze zaskoczenie – środek zimowych ferii, a w Brennej absolutnie pusto i cicho. Nie działają wyciągi narciarskie, nie ma turystów. Jedynie w słynnej kawiarni Bajka, gdzie tradycyjnie kończymy naszą peregrynację po górach filiżanką kawy i przepysznym ciastkiem ( polecam gorąco, a nie jest to blog reklamowy) zastaliśmy trochę ludzi – a i tak tłok był mniejszy niż zazwyczaj.

Z uwagi na bardzo obfite opady śniegu, w którym brodziliśmy nawet w centrum miejscowości zdecydowaliśmy się na wycieczkę łatwą, wyraźnie oznaczoną trasą spacerową, gdzie ryzyko zabłądzenia i przykrej przygody jest praktycznie zredukowane do zera.
Z centrum podążyliśmy niebieskim szlakiem kilkaset metrów wzdłuż rzeki Brennicy, skręcając następnie w prawo w dolinę Hołcyny. Wąska asfaltowa droga wije się tam przez ponad kilometr wzdłuż nielicznych zabudowań i lasów mijając przystań kajakową z niewielkim zalewem.
Po pół godzinnym marszu dochodzimy do miejsca gdzie niebieski szlak na Salmopol odbija w lewo zaś nasza spacerowa alejka ( przepraszam: ścieżka edukacyjna) podąża wśród lasów wzdłuż strumienia zboczem Grabowej. Asfaltowa trasa, zamknięta dla ruchu kołowego, łatwa do przejścia w innych porach roku, zimą sprawiła nam sporo trudności, tym bardziej, że byliśmy chyba jedynymi śmiałkami, którzy zdecydowali się na jej pokonanie w kopnym śniegu. Jednak nasz wysiłek został sowicie nagrodzony niezwykłymi widokami ośnieżonych gór, drzew uginających się pod ciężarem świeżego śniegu i przyrody całkowicie nieskażonej cywilizacją. Niezwykły spokój, absolutna cisza, przerywana jedynie trzaskiem łamiących się pod naporem śniegu gałęzi stworzyły niepowtarzalny, bajkowy wręcz nastrój. Po ponad godzinnym spacerze doszliśmy do składowiska drewna, gdzie ścieżka dość stromo zaczyna podchodzić w górę na Grabową.



I tutaj stanęliśmy przed trudnym wyborem – kontynuować wspinaczkę śliską trasą pomimo całkowicie przemoczonej odzieży i sporego, ponad dwugodzinnego wysiłku czy wracać do cywilizacji. Krótki dzień oraz obawa, że schronisko na Grabowej będzie nieczynne poza sezonem skłoniły nas do odwrotu. Nie przeszliśmy nawet kilometra w stronę Brennej gdy dogoniła nas kilkuosobowa grupa turystów schodząca ze schroniska, które okazało się od tygodnia otwarte. Były to jedyne żywe istoty jakie spotkaliśmy w górach.



Naszej wyprawy, mimo że nie osiągnęliśmy zamierzonego celu, nie nazwałabym nieudaną. Bo nie zawsze chodzi się po górach po to by gdzieś dojść, często po to, by sobie po górach pochodzić. A chodzenia nam w ten weekend nie zabrakło – trasa pokonywana w lecie w ciągu 90 minut zajęła nam w sumie ponad trzy i półgodziny. Ale było warto.