niedziela, 23 września 2018

Worek Bieszczadzki – królestwo dzikiej natury

Słodko-gorzkie refleksje z wyprawy do Worka Bieszczadzkiego

   Przebywając na kilkudniowym urlopie w okolicach Przemyśla postanowiliśmy wybrać się na krótki, jednodniowy wypad w Bieszczady. Tym razem jednak nie chodziło o wędrówki malowniczymi połoninami, leniwy relaks nad Zalewem Solińskim, czy przejażdżkę drezynami rowerowymi w Uhercach Mineralnych (swoją drogą jest to wyjątkowo miły sposób poznawania Bieszczad – serdecznie polecam). Tym razem postanowiliśmy zwiedzić najdzikszy z dzikich zakątków Polski – tak zwany Worek Bieszczadzki.

   Pierwszym przystankiem na nasze trasie był Chreptiów. Ten nawiązujący kształtem i wystrojem do sienkiewiczowskiej stanicy ośrodek turystyczny, to ostatni przejaw cywilizacji w regionie. Swoją drogą ośrodek ( hotel, restauracja z przyległymi terenami zielonymi i stawami) zrobiły na nas ogromne wrażenie. Jak za skinięciem czarodziejskiej różdżki przenieśliśmy się w minione wieki , pełne wąsatych sarmackich rycerzy trzymających straż na Dzikich Polach . To nic, że postacie gipsowe, a Chreptiów jest dziełem fantazji współczesnych architektów. Jest nastrój, koloryt i to się liczy. A na dodatek z Chreptiowa rozciągają się przepiękne widoki na leżące w oddali pasma Bieszczad. Bezcenne przeżycie.




 Wzmocnieni kawą u Pana Michała pojechaliśmy dalej w kierunku na Muczne, Tarnawę Niżną, Tarnawę Wyżną aż do Bukowca . Początkowo droga całkiem znośna, wąska, kręta, ale o dobrej nawierzchni. Zabudowania pojawiają się sporadycznie, za to dzika natura otacza nas ze wszystkich stron. Wyjątek stanowi Muczne z dość ładnym ośrodkiem turystycznym, kilkoma zabudowaniami i grupą leniwie snujących się turystów. Dalej jest coraz ciekawiej. Mijamy Tarnawę Niżną , wieś z samotnym sklepem, karczmą w stylu lat 70-tych ubiegłego wieku (za to z przepysznymi pierogami) i punktem informacji turystycznej w którym wszyscy ci, którzy planują zwiedzanie torfowisk w okolicy nieistniejącej już wioski Tarnawa Wyżna powinni wykupić bilety wstępu
uprawniające do wejścia do rezerwatu. Po drodze mijamy kilka lokalnych atrakcji - starannie oznakowanych, ale bynajmniej nieobleganych przez tłumy turystów : rezerwat żubrów, żeremia bobrów (na zdjęciu punkt obserwacyjny na rozlewiska z bobrami), hodowlę konia huculskiego (możliwość wykupienia jazdy w teren za śmieszną kwotę 50 PLN), czy skansen - potażownię (urządzenia i instalacje do wypalania węgla drzewnego i produkcji potażu)

   Torfowiska stanowią największa atrakcję w regionie. O ich unikatowym charakterze stanowi ich położenie na wysokości 670-678 n.p.m. - są to jedyne w Polsce torfowiska znajdując się na tak dużej wysokości. Łatwe do zwiedzania, dzięki wygodnym drewnianym ścieżkom – pomostom przecinającym oba płaty torfowisk.





Naprawdę warte są obejrzenia. Unikatowa roślinność bagienna: borówka bagienna, borówka brusznica, bażyna czarna, żurawina błotna, turzyca skąpokwiatowa, bagno zwyczajne, rosiczka okrągłolistna przeplata się z borem bagiennym tworzonym przez brzozy, świerki i sosny. Znaczną powierzchnię torfowisk zajmuje tzw mszar,  czyli zbiorowisko roślinne o kępowej naturze, w którym dominują mchy torfowce.






   Na spacer po torfowisku trzeba zarezerwować sobie ok. 1-1,5 godziny. Na pewno nie będzie to stracony czas. Z parkingu przy torfowisku roztacza się malowniczy widok na bieszczadzkie szczyty: północno-wschodnie stoki Halicza (1333 m n.p.m.), Wołowy Garb (1248 m n.p.m.), Kopę Bukowską ( 1320 m n.p.m.) Krzemień ( 1335 m n.p.m) i Bukowe Berdo (1311 m.n.p.m.)

Wstęp do rezerwatu płatny (bilety kupujemy w Tarnawie Niżnej, w rezerwacie nie ma kasy). Cena biletu 6 PLN/osoba.
Za rezerwatem droga staje się zdecydowanie gorsza, powoli zamieniając się w szutrową, pełną kolein i dziur. Ostatnim etapem naszej podróży jest Bukowiec – nieistniejąca już wioska, po której jedynymi pozostałościami jest cmentarz wojenny z czasów I wojny światowej. Jeżeli chcemy kontynuować zwiedzanie musimy pozostawić samochód na dość obszernym i tłocznym parkingu. Dalej tylko pieszo lub rowerem. Potencjalnym celem wyprawy może być nieistniejąca już po polskiej stronie granicy miejscowość Sianki z grobem hrabiny Stroińskiej i źródła Sanu (w rzeczywistości jest to jedynie dopływ Sanu, źródła Sanu znajdują się po stronie ukraińskiej). Niestety, późna pora dnia uniemożliwiła nam pieszą wyprawę do Sianek – w końcu to ładnych kilka godzin marszu. Będzie więc powód aby ponownie odwiedzić te malownicze miejsca.
   W tytule naszą wyprawę nazwałam słodko-gorzką. Bo rzeczywiście taki był jej smak. Z jednej strony niewyobrażalne piękno bieszczadzkich krajobrazów, potęga otaczającej nas dzikiej natury, przyrody, ciszy, oddalenia od codzienności, z drugiej gorzka refleksja nad przemijaniem,
zapomnieniem, niestałością. Tereny, które opisuję, przed II wojną światową tętniły życiem. Liczne fabryki, wykorzystujące miejscowe surowce, zaludnione wsie i miasteczka, kurorty, takie jak Sianki z licznymi domami wczasowymi, teatrem i skocznia narciarską, trasa kolejowa - wszystko to odeszło w zapomnienie. O dawnej świetności tego regionu świadczą jedynie cmentarze, ruiny wsi czy jakże charakterystyczne przęsła mostów - pozostałość po nieistniejącej już trasie kolejowej.



   No cóż – wyprawa okazała się piękna, zachwycająca niezwykłym bogactwem przyrody, ale także głęboko refleksyjna . Po prostu słodko-gorzka..

1 komentarz:

  1. Bieszczady mają wiele wspaniałych miejsc, które naprawdę odwiedzić. Ja polecam zdecydowanie wybrać się kiedyś w nocy na warsztaty Nocnego Gwiezdnego Nieba, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Bardzo ładne zdjęcia i życzę powodzenia w dalszej pracy. Do zobaczenia na szklaku!

    OdpowiedzUsuń